Mówi się, że do porodu potrzebna jest wioska, ale w zaciszu własnego domu ta „wioska” często skupia się w dłoniach i sercach dwóch kobiet. Położnych.
Co widziałam ja okiem aparatu?
Czujność, która nie potrzebuje hałasu.
Położna domowa nie musi krzyczeć, by panować nad sytuacją. Jej skupienie na każdym oddechu i wydawanym dźwięku rodzącej, przekazuje je więcej informacji niż osoba postronna mogłaby widzieć.
Dłonie, które widzą.
Kiedy położna kładzie dłoń na brzuchu rodzącej, wówczas nie tylko „widzi” jak układa się dziecko, czy potrzebuje więcej miejsca, ale również czy mama potrzebuje rozluźnienia. To niemal dialog bez słów, prowadzony przez skórę.
Cierpliwość, która nie zna zegarka.
Widzę je, jak siedzą na kanapie, na podłodze, w półmroku, czekając w pełnej gotowości przez wiele godzin. Bez pośpiechu, z ogromnym szacunkiem do rytmu natury.
Intuicję popartą wiedzą.
To fascynujące, jak potrafią wycofać się do cienia, by dać rodzinie intymność, a ułamek sekundy później być tuż obok, dokładnie wtedy, gdy są potrzebne.
Bycie świadkiem ich pracy to dla mnie lekcja pokory.
Patrząc na te kadry, widzę coś więcej niż „usługę medyczną”.
Widzę powołanie.
Widzę kobiety, które swoją obecnością sprawiają, że cud narodzin może wydarzyć się w najpiękniejszych, domowych warunkach.
Asiu i Aniu,
dziękuję, że mogę dokumentować Waszą niesamowitą pracę. ✨













